x

Negatywnych stron jest jednak więcej. Wydaje mi się, że trzeba mieć albo wszystko w nosie (jak ja i moja żona), albo mieć jakieś marzenia i ideały, by móc, bez większego uszczerbku na zdrowiu psychofizycznym, być cząstką tej żenującej maszyny produkującej magistrów, jaką jest w dzisiejszych czasach polskie szkolnictwo wyższe. Zresztą co ja mówię?! Nie tylko wyższe, ale wszelakie, w ogóle. Już od zerówki zaczyna się ta żenada. O ile kiedyś, to jest do tego roku, przez wiele lat, dzieciarnia w zerówce uczyła się liter i poznawała cyfry, o tyle od tego roku jacyś “mądrzy” ludzie w ministerstwie oświaty zadecydowali, że to jest zbędne, że po co uczyć kogokolwiek czegokolwiek, jeśli można kształcić polskie społeczeństwo na bandę nieuków i ignorantów. Więc od tego roku dzieciaki w zerówkach już nie uczą się liter, zaczną je poznawać dopiero w pierwszej klasie podstawówki. Więc, kończąc tę pierwszą klasę, czyli w wieku lat ośmiu (ośmiu!) dopiero będą z trudem dukać i zaczną czytać. Żenada!

x

No oczywiście są też pozytywne strony całej tej żenującej sytuacji, w jakiej znajduje się współczesne szkolnictwo wyższe. Przede wszystkim, nie muszę się wcale wysilać, che, che, che. Mogę odwalać w pewnym sensie chałturę, zwłaszcza podczas prowadzenia zajęć z tymi „studentami”, a nikt nawet tego nie zauważy. Czy jestem przygotowany do zajęć, czy nie – nie ma to żadnego znaczenia. Tak samo bez trudu dostałem się na studia doktoranckie. Każdy głupi może się dzisiaj na nie dostać. Każdy, komu nie chce się iść do pracy na przykład. Chociaż stypendium doktoranckie to grosze, więc i tak trzeba dorabiać, jeśli ma się rodzinę, jak my. Więc pracuję na dwa etaty, żeby jakoś związać koniec z końcem, ale na całe szczęście daję radę bez problemu, właśnie dlatego, że praca na uczelni nie wymaga żadnego wysiłku. A, no i pewnego rodzaju pozytywem, chociaż według mnie dość wątpliwym i podważalnym, jest jakiś tam szacunek społeczny.

x

Aaa, no zwariuję w tej pracy, z tymi kretynami! Żebym chociaż dostawał wypłatę adekwatną do wysiłku włożonego w nauczenie tych przygłupów czegokolwiek. Ale nie, wypłata to jak w pysk strzelił, i nawet dwie – moja i żony – nie pozwalają na życie na odpowiednim poziomie. Kurde no. Ten cholerny „hotel asystencki”, który jest bardziej ohydny, brudny i śmierdzący niż wszystkie akademiki, w jakich mieszkałem, razem wzięte! A tak chciałem związać swoją przyszłość z nauką. Ba! ja nawet na początku chciałem uczyć tych studentów, chociaż wiedziałem, że z roku na rok są coraz mnie kumaci. Młodzieńcze ideały, w mordę by to strzelić! Już po pierwszym zajęciach, jakie prowadziłem z tymi przygłupami, którzy nie wiedzą, ile to jest dwa dodać dwa, miałem dość i wiedziałem, że to będzie mordęga. Ale trwam w tym nadal i brnę w ten szit ciągle, bo – jako że tytuł magistra nie jest żadnym wyróżnieniem – chcę mieć tytuł doktora. Notabene poziom studiów doktoranckich też drastycznie się obniża, ale na szczęście jeszcze nie spadł na samo dno. Studia magisterskie natomiast – owszem.

x

A, jeszcze mi się coś przypomniało, coś, co wkurza mnie niemiłosiernie. Pisanie prac za kasę! Albo i nie za kasę, ale nie własnoręcznie. No kurde, ja nie rozumiem, jak tak można. Przecież nie każdy musi być magistrem, zwłaszcza dzisiaj, kiedy przecież studia wyższe, właśnie z racji tego, że absolwentów szkół wyższych jest aż tak ogromna ilość, nic nie dają na rynku pracy. Więc nie dość, że ci ćwierćinteligenci idą na studia, z niczym w głowie, nic się podczas tych pięciu lat nie uczą, to jeszcze na koniec, zamiast spróbować napisać samemu choćby marną pracę, oddają to zadanie w obce ręce. I podobno to się zdarza nawet na polonistyce, co dla mnie jest już absolutnie nie do pojęcia! Ale ciekawą rzecz zaobserwowałem ostatnio na zajęciach, które prowadziłem – otóż stwierdziłem, że wraz z obniżaniem się poziomu studiów, zwiększa przestrzeń ciała, którą obnażają panienki-studentki. Żona o mało nie spadła z krzesła ze śmiechu, kiedy jej to powiedziałem. No ale taka jest prawda.

x

Rodzice opowiadali mi, że kiedy oni studiowali, już samo bycie studentem to było „coś”. Nie tak jak teraz, wtedy nie każdy mógł zostać studentem. Kiedyś na studia dostawali się tylko najlepsi, najzdolniejsi, najbardziej inteligentni – słowem, osoby, które coś sobą reprezentowały. Kiedyś nie było tego całego zalewu prywatnych wyższych szkół, na które ja zazwyczaj mówię “Wyższa Szkoła Łopatologii Stosowanej”. A dzisiaj? Dzisiaj każdy, ale to po prostu każdy nieuk, ćwierćinteligent, półanalfabeta, może nie tylko dostać się na studia (nawet dzienne na państwowej uczelni!), ale też bez żadnego problemu skończyć je! Szczerze mówiąc, gdy obserwuje kolejne roczniki studentów, stwierdzam, że z roku na rok jest coraz gorzej. To samo widzi moja żona, która też jest doktorantką i prowadzi zajęcia ze studentami, tyle że na innej uczelni niż ja. Ech, słów brak. Z roku na rok muszę uczyć coraz większych idiotów.